książka

Homo deus. Krótka historia jutra – Yuval Noah Harari

Homo deus. Krótka historia jutra Yuval Noah Harari

Yuval Noah Harari w słynnej książce „Sapiens. Od zwierząt do bogów”, sprzedanej na całym świecie w nakładzie ponad 5 milionów egzemplarzy, opisywał ewolucję i historię ludzkości. W swym najnowszym dziele stawia kolejny krok – w „Homo deus…” myśliciel skupia się na teraźniejszych wyzwaniach, szuka odpowiedzi na pytanie, co nas czeka w przyszłości, a przede wszystkim udowadnia, że już wkrótce człowiek stanie się równy bogom…

Harari z niezwykłą lekkością, a zarazem wnikliwością łączy historię, filozofię, socjologię, biotechnologię i wiele innych dziedzin nauki. Z tego połączenia wyłania się fascynująca wizja XXI wieku jako epoki, w której dokona się najważniejsza i najgłębsza przemiana w dziejach.

Śmierć to tylko problem techniczny. Światowe korporacje prowadzą wyścig po nieśmiertelność. Już niebawem najbogatszych będzie stać na przedłużanie swojego życia. Jeśli człowiek będzie nieśmiertelny, jak zmienią się społeczeństwa i religie?

Czy ludzkość osiągnie szczęście? Człowiek to biologiczna maszyna, a skoro tak, można nią sterować. W XXI wieku poczucie szczęścia po prostu będzie można włączyć na żądanie.

Wojna to przeżytek. Już dzisiaj więcej osób umiera w wyniku samobójstw niż w konfliktach zbrojnych. O czym to świadczy?

Nowe religie, nowa struktura społeczna, nowa ekonomia, bioinżynieria, cyborgizacja, nowa etyka i nowy humanizm. Jesteśmy na to gotowi? Czy odnajdziemy się w takim świecie?

„To rodzaj książki, która zmiata pajęczyny z naszych mózgów. Styl Harariego, promieniujący mocą i jasnością sprawia, że czytelnik patrzy na świat jak na zjawisko dziwne i zarazem nowe”.
– The Sunday Times

Homo deus. Krótka historia jutra – Yuval Noah Harari

Warszawa 2018
Wydawnictwo Literackie
Wydanie: I
Przekład: Michał Romanek
Oryginalny tytuł: Homo Deus: A Brief History of Tomorrow
Liczba stron: 552
ISBN: 978-83-08-06495-5

Fragment

Przełamanie prawa dżungli

W ciągu całych dotychczasowych dziejów ludzie traktowali wojnę jako rzecz oczywistą, podczas gdy pokój był stanem chwilowym i niepewnym. Stosunkami międzynarodowymi rządziło prawo dżungli, zgodnie z którym nawet jeśli dwa państwa żyły ze sobą w pokoju, wojna między nimi zawsze pozostawała możliwa. Na przykład, chociaż w 1913 roku między Niemcami a Francją panował pokój, wszyscy wiedzieli, że w 1914 roku oba kraje mogą rzucić się sobie do gardeł. Ilekroć politycy, generałowie, przedsiębiorcy i zwykli obywatele planowali cokolwiek na przyszłość, zawsze uwzględniali wojnę. Od epoki kamienia do wieku pary, od Arktyki do Sahary każdy człowiek na świecie wiedział, że w każdej chwili sąsiedzi mogą najechać jego terytorium, pokonać jego armię, wymordować jego lud i zająć jego teren.

W drugiej połowie XX stulecia to prawo dżungli w końcu zduszono. Na większości obszarów wojny stały się rzadsze niż kiedykolwiek wcześniej. W dawnych społeczeństwach rolniczych przemoc stosowana przez ludzi odpowiadała za mniej więcej 15 procent wszystkich zgonów, ale już w XX stuleciu była powodem tylko 5 procent ogólnej ich liczby, a na początku XXI wieku można jej przypisać w przybliżeniu 1 procent globalnej umieralności. W 2012 roku na całym świecie zmarło około 56 milionów osób; 620 tysięcy z nich zginęło w wyniku ludzkiej przemocy (wojna pochłonęła 120 tysięcy ofiar, a przestępczość kolejnych 500 tysięcy). Natomiast 800 tysięcy popełniło samobójstwo, a 1,5 miliona zmarło na cukrzycę. Cukier jest obecnie groźniejszy niż proch.

Co ważniejsze, większa część ludzkości zaczyna uważać wojnę za coś po prostu nie do pomyślenia. Po raz pierwszy w dziejach tak wiele rządów, korporacji i osób prywatnych w swoich rozważaniach nad najbliższą przyszłością nie traktuje wojny jako prawdopodobnego wydarzenia. Wynalezienie broni jądrowej sprawiło, że potencjalna wojna między supermocarstwami stałaby się szalonym aktem zbiorowego samobójstwa, dlatego najpotężniejsze państwa na ziemi zostały zmuszone do znalezienia alternatywnych i pokojowych sposobów rozwiązywania konfliktów. Równocześnie globalna gospodarka przekształciła się z gospodarki opartej na surowcach w gospodarkę opartą na wiedzy. Wcześniej głównymi źródłami bogactwa były zasoby surowców, takie jak kopalnie złota, pola pszenicy i szyby naftowe. Dzisiaj głównym źródłem bogactwa jest wiedza. A o ile pola naftowe da się zdobyć w wyniku wojny, o tyle wiedzy już się tak nie nabędzie. Odkąd zatem wiedza stała się najważniejszym bogactwem ekonomicznym, rentowność wojny spadła i wojny zaczęły ograniczać się coraz bardziej do tych części świata, których staroświecka gospodarka wciąż opiera się na surowcach — jak na przykład Bliski Wschód i Afryka Środkowa.

W 1998 roku zajęcie i plądrowanie zasobnych w koltan kopalń w sąsiednim Kongu miało sens z punktu widzenia Rwandy, ponieważ istniało ogromne zapotrzebowanie na tę rudę, wykorzystywaną przy produkcji telefonów komórkowych i laptopów, a w Kongu znajdowało się 80 procent światowych zasobów koltanu. Na zrabowanej rudzie Rwanda zarabiała rocznie 240 milionów dolarów. Dla ubogiego państwa była to masa pieniędzy24. Natomiast z punktu widzenia Chin najechanie Kalifornii i zajęcie Doliny Krzemowej nie miałoby sensu, ponieważ nawet gdyby Chińczykom udało się jakoś zwyciężyć na polu bitwy, w Dolinie Krzemowej nie ma kopalń krzemu, które można by plądrować. Zamiast tego Chińczycy zarobili miliardy dolarów na współpracy z gigantami hi-tech, takimi jak Apple i Microsoft, kupując ich oprogramowanie i wytwarzając ich produkty. Tyle, ile Rwanda zarobiła w ciągu całego roku na rabowaniu kongijskiego koltanu, Chińczycy zarabiają w jeden dzień pokojowej wymiany handlowej.

W rezultacie słowo „pokój” nabrało nowego znaczenia. Poprzednie pokolenia przez pokój rozumiały chwilowy brak wojny. Kiedy dzisiaj mówimy „pokój”, mamy na myśli brak prawdopodobieństwa wojny. Kiedy w 1913 roku ludzie mówili, że między Francją a Niemcami panuje pokój, mieli na myśli to, że „obecnie nie toczy się wojna między Francją a Niemcami, ale kto wie, co przyniesie kolejny rok”. Kiedy dzisiaj mówimy, że między Francją a Niemcami panuje pokój, mamy na myśli to, że w żadnych dających się przewidzieć okolicznościach nie do pomyślenia jest, by między tymi państwami mogła wybuchnąć wojna. Tego rodzaju pokój panuje nie tylko między Francją a Niemcami, ale między większością krajów (chociaż nie między wszystkimi). Nie istnieje scenariusz przewidujący wybuch poważnego konfliktu zbrojnego w kolejnym roku między Niemcami a Polską, między Indonezją a Filipinami czy też między Brazylią a Urugwajem.

Współczesny pokój na świecie to nie jakieś hippisowskie urojenie. Opierają się na nim także spragnione władzy rządy i chciwe korporacje. Kiedy Mercedes planuje strategię sprzedaży swych samochodów w Europie Wschodniej, nie bierze pod uwagę możliwości, że Niemcy zaatakują Polskę. Korporacja importująca tanią siłę roboczą z Filipin nie martwi się, że Indonezja mogłaby w kolejnym roku najechać ten kraj. Kiedy brazylijski rząd spotyka się na posiedzeniu poświęconym omówieniu przyszłorocznego budżetu, nie do pomyślenia jest, by tamtejszy minister obrony wstał, uderzył pięścią w stół i zawołał: „Chwileczkę! A co będzie, jeśli zechcemy najechać i podbić Urugwaj? Tego nie wzięliście pod uwagę. Na sfinansowanie tych działań musimy zarezerwować pięć miliardów dolarów”. Oczywiście istnieją miejsca, w których ministrowie obrony prowadzą rozmowy w ten sposób; są też takie obszary, w których nowy pokój się nie zakorzenił. Wiem to bardzo dobrze, ponieważ sam mieszkam w jednym z takich regionów. Są to jednak wyjątki.

Nie ma oczywiście gwarancji, że nowy pokój będzie się utrzymywał bez końca. Skoro broń jądrowa umożliwiła zaistnienie nowego pokoju, tak też przyszły rozwój techniki może przygotować grunt dla nowego typu wojen. W szczególności wojna cybernetyczna może zdestabilizować świat: daje ona nawet małym państwom oraz tworom innym niż państwa możliwość skutecznej walki z supermocarstwami. Kiedy w 2003 roku USA walczyły z Irakiem, zniszczyły Bagdad i Mosul, ale na Los Angeles ani na Chicago nie spadła ani jedna bomba. W przyszłości jednak państwo takie jak Korea Północna czy Iran mogłoby użyć bomb logicznych do odcięcia prądu w Kalifornii, wysadzenia rafinerii w Teksasie i zderzenia pociągów w Michigan. („Bomby logiczne” to złośliwe oprogramowanie zainstalowane w okresie pokoju i uruchamiane zdalnie. Jest wysoce prawdopodobne, że sieci nadzorujące podstawowe elementy infrastruktury w USA i wielu innych krajach są już pełne tego rodzaju kodów).

Nie powinniśmy jednak mylić możliwości z motywacją. Chociaż wojna cybernetyczna wprowadza nowe sposoby zniszczenia, niekoniecznie daje nowe bodźce do ich użycia. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu lat ludzkość przełamała nie tylko prawo dżungli, ale także prawo Czechowa. Powszechnie znane są słowa Antona Czechowa, że ze strzelby, która pojawia się w pierwszym akcie sztuki, nieuchronnie ktoś wystrzeli w akcie trzecim. W całej historii było tak, że jeśli królowie i cesarze zdobywali jakąś nową broń, wcześniej czy później ulegali pokusie jej użycia. Jednakże od 1945 roku ludzkość nauczyła się odpierać tę pokusę. Ze strzelby, która pojawiła się w pierwszym akcie zimnej wojny, nigdy nie wystrzelono. Dziś przywykliśmy już do życia w świecie pełnym bomb, których nigdy nie zrzucono, i pocisków rakietowych, których nigdy nie odpalono. Staliśmy się ekspertami w przełamywaniu zarówno prawa dżungli, jak i prawa Czechowa. Jeśli te prawa kiedykolwiek znowu zaczną obowiązywać, będzie to nasza własna wina — nie zaś nieuniknione przeznaczenie.

A co wobec tego z terroryzmem? Nawet jeśli władze centralne i potężne państwa nauczyły się powściągliwości, terroryści mogą nie mieć tego rodzaju skrupułów w związku z użyciem nowego typu niszczycielskiej broni. To z pewnością niepokojąca możliwość. Jednak terroryzm to strategia słabości, którą obierają ludzie niemający dostępu do prawdziwej władzy. Przynajmniej w przeszłości terroryzm opierał się raczej na szerzeniu strachu niż na powodowaniu znaczących szkód materialnych. Terroryści zwykle nie mają wystarczającej siły, by pokonać armię, zająć kraj czy zniszczyć całe miasta. W 2010 roku otyłość i powiązane z nią choroby były przyczyną śmierci około trzech milionów ludzi, podczas gdy terroryści zabili w sumie na całym świecie 7697 osób, w większości w krajach rozwijających się25. Dla przeciętnego Amerykanina lub Europejczyka dużo bardziej śmiertelne zagrożenie niż Al-Kaida stanowi Coca-Cola.

Jak zatem terrorystom udaje się zajmować miejsce na pierwszych stronach gazet i zmieniać sytuację polityczną na całym świecie? Przez prowokowanie swych wrogów do zbyt silnych reakcji. W gruncie rzeczy terroryzm to przedstawienie. Terroryści organizują przerażające widowisko przemocy, dzięki któremu potrafią zawładnąć naszą wyobraźnią do tego stopnia, że wydaje nam się, jakbyśmy się cofali do chaosu średniowiecza. Wskutek tego państwa często poczuwają się do obowiązku, by na ten teatr terroryzmu odpowiedzieć seansem bezpieczeństwa: urządzają olbrzymie pokazy siły, na przykład prześladowania całych populacji albo inwazje na obce kraje. W większości wypadków ta przesadna reakcja na terroryzm stanowi dużo większe zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa niż sami terroryści.

Terroryści przypominają muchę, która stara się zniszczyć skład porcelany. Mucha jest tak słaba, że nie jest w stanie poruszyć nawet jednej filiżanki. Dlatego znajduje słonia, wchodzi mu do ucha i zaczyna bzyczeć. Słoń ze strachu i wściekłości wpada w szał — i niszczy skład porcelany. Tak właśnie stało się na Bliskim Wschodzie w minionym dziesięcioleciu. Islamscy fundamentaliści sami nigdy nie obaliliby Saddama Husajna. Natomiast rozwścieczyli USA atakami z 11 września, a USA zniszczyły za nich bliskowschodni skład porcelany. Teraz muchy świetnie prosperują na gruzach. Sami w sobie terroryści są zbyt słabi, by ściągnąć nas z powrotem do średniowiecza i przywrócić prawo dżungli. Mogą nas prowokować, ale ostatecznie wszystko zależy od naszych reakcji. Jeśli prawo dżungli zacznie ponownie obowiązywać, nie będzie to wina terrorystów.

W nadchodzących dziesięcioleciach głód, zaraza i wojna będą prawdopodobnie nadal pochłaniały miliony ofiar. Jednak nie są to już nieuchronne tragedie wymykające się rozumieniu i kontroli bezradnej ludzkości. Stały się one, jak już wspomniałem, wyzwaniami, zadaniami do wykonania. Nie umniejsza to cierpień setek milionów osób dotkniętych ubóstwem, milionów tych, których co roku zabijają malaria, AIDS i gruźlica, ani milionów uwięzionych w zaklętych kręgach przemocy w Syrii, Kongu czy Afganistanie. Oczywiście, że głód, zaraza i wojna nie znikły całkowicie z powierzchni ziemi, więc nie powinniśmy przestać się nimi martwić. Wprost przeciwnie. Przez setki lat ludzie sądzili, że są to problemy nie do rozwiązania, wobec tego bezsensowne są próby położenia im kresu. Modlili się do Boga o cud, ale sami nie podejmowali poważnych starań, by wytępić głód, zarazy i wojny. Ci, którzy twierdzą, że świat w 2018 roku jest równie głodny, chory i pełen przemocy jak w 1918, utrwalają ten odwieczny defetystyczny pogląd. Tak jakby chcieli nas przekonać, że wszystkie ogromne wysiłki, które ludzie podejmowali w XX stuleciu, do niczego nie doprowadziły, a badania medyczne, reformy ekonomiczne oraz inicjatywy pokojowe — przeprowadzano na próżno. Skoro tak, to jaki sens ma inwestowanie naszego czasu i środków w dalsze badania medyczne, nowatorskie reformy ekonomiczne czy nowe inicjatywy pokojowe?

Wierząc w nasze dotychczasowe osiągnięcia, z nadzieją i odpowiedzialnością będziemy podejmować jeszcze większe wysiłki w przyszłości. Jeśli ludzie nadal będą cierpieli w związku z głodem, zarazą i wojną, to — biorąc pod uwagę wszystko, czego dokonaliśmy w XX wieku — nie będziemy mogli winić za to natury ani Boga. Poprawianie świata leży w granicach naszych możliwości. Tylko my możemy zmniejszać obecne w nim cierpienie.

Jednak docenianie wagi naszych dokonań prowadzi do jeszcze jednego wniosku: historia nie znosi próżni. Jeśli zmniejsza się zasięg występowania głodu, zarazy i wojny, to ich miejsce w planach ludzkości zajmie na pewno coś innego. Lepiej, żebyśmy porządnie się zastanowili, co to będzie. W innym wypadku mogłoby się zdarzyć, że odniesiemy pełne zwycięstwo na dawnych polach bitew tylko po to, by dać się zaskoczyć na całkiem nowych frontach. Jakie projekty zastąpią głód, zarazę i wojnę na liście priorytetów ludzkości w XXI wieku?

Jednym z głównych takich projektów będzie ochrona ludzkości i całej planety przed zagrożeniami tkwiącymi w samej naszej władzy nad światem. Głód, zarazę i wojnę udało nam się opanować w dużej mierze dzięki niezwykłemu rozwojowi ekonomicznemu, który zapewnia nam obfitość jedzenia, lekarstw, energii i surowców. Jednak ten sam rozwój na niezliczone sposoby destabilizuje równowagę ekologiczną planety — a sposoby te dopiero zaczęliśmy badać. Ludzkość zwlekała z uznaniem tego niebezpieczeństwa i dotychczas zrobiła bardzo niewiele, by mu zaradzić. Mimo całego hałasu wokół zanieczyszczenia środowiska, globalnego ocieplenia i zmiany klimatu większość krajów nie zdobyła się jeszcze na żadne poważne ekonomiczne ani polityczne poświęcenia, by poprawić tę sytuację. Ilekroć przychodzi moment, gdy trzeba wybierać między wzrostem gospodarczym a stabilnością ekologiczną, politycy, dyrektorzy i wyborcy prawie zawsze wolą stawiać na wzrost. W XXI wieku będziemy musieli bardziej się postarać, jeśli mamy uniknąć katastrofy.

Do czego jeszcze będzie dążyła ludzkość? Czy wystarczy nam to, co mamy? Czy dziękując za to Bogu, zadowolimy się ograniczaniem głodu, zarazy i wojny oraz dbaniem o zachowanie równowagi ekologicznej? Być może rzeczywiście byłby to najmądrzejszy kierunek działania, ale bardzo mało prawdopodobne, by ludzkość go obrała. Ludzie rzadko zadowalają się tym, co mają. Najczęstszą reakcją ludzkiego umysłu na osiągnięcie czegoś nie jest zadowolenie, ale pragnienie sięgnięcia po jeszcze więcej. Ludzie zawsze poszukują czegoś lepszego, większego, smaczniejszego. Kiedy ludzkość posiądzie ogromne nowe możliwości i kiedy w końcu zniknie zagrożenie głodem, zarazą i wojną, czym się wtedy zajmiemy? Co będą robić całymi dniami naukowcy, inwestorzy, bankierzy i prezesi? Pisać wiersze?

Sukces rodzi ambicję, a nasze ostatnie osiągnięcia motywują teraz ludzkość do tego, by wytyczać sobie jeszcze śmielsze cele. Skoro zapewniliśmy sobie niespotykany dotąd poziom dobrobytu, zdrowia i harmonii, skoro tak wiele osiągnęliśmy, a jednocześnie wiemy, jakie wartości obecnie wyznajemy, możemy przypuszczać, że kolejnym celem ludzkości będzie nieśmiertelność, szczęście i status bogów. Zredukowaliśmy umieralność w wyniku głodu, choroby i przemocy: teraz będziemy zmierzali do tego, by pokonać starość, a nawet samą śmierć. Wydźwignęliśmy ludzi z koszmarnej udręki: teraz zajmiemy się tym, by dać im szczęście. Podnieśliśmy ludzkość ponad właściwy zwierzętom poziom walki o przetrwanie: teraz naszym celem będzie awansowanie ludzi do poziomu bogów i przekształcenie gatunku homo sapiens w homo deus.

Print Friendly, PDF & Email
Zapraszam na

Andrzej Zykubek

Andrzej Zykubek, biolog i filozof, nauczyciel i miłośnik filozofii przyrody, dyskutujący ewolucjonista, zainteresowany genezą życia i umysłu poszukiwacz zatrudniony w Katedrze Filozofii Nauk Przyrodniczych KUL. Sympatyk torfowisk, rowerów i górskich wędrówek, wypraw kajakowych i bardzo dobrej muzyki.
Wieloletni Członek Komitetu Organizacyjnego i organizator Lubelskiego Festiwalu Nauki, a także wielu konferencji naukowych, wykładów i warsztatów. Prowadzi kilka stron www i serwisów społecznościowych, m.in. Wydziału Filozofii KUL i kognitywistyki KUL.
Wbrew pseudonimowi nadanemu mu przez studentów lubi innych przedstawicieli gatunku Homo sapiens sapiens.
Zapraszam na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.