W okowach nauki i pseudonauki. Blog Kazimierza Jodkowskiego

Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek

  • Joshua Swamidass, „A Genealogical Rapprochement on Adam?”, http://peacefulscience.org/genealogical-rapprochement/

Kwestia historyczności pierwszej pary, Adama i Ewy, jest jednym z najbardziej zapalnych punktów na styku nauki i religii czy teologii. Z jednej strony większość chrześcijan zawsze uznawała historyczność pierwszych ro­dziców stworzonych jako ludzie na podobieństwo Boże, od których wywodzą się wszyscy ludzie. Ich indywidualny grzech, czyli nieposłuszeństwo Bogu, poskutkował bardzo poważnymi konsekwencjami dla nich samych i ich po­tomstwa – włączając w to nas.

Z drugiej strony nauka kreśli zupełnie inny obraz: ludzkość nie wy­wodzi się od jednej pary pierwszych ludzi. Przeciwnie, była to zawsze popu­lacja ewoluująca z jakiegoś gatunku dziś już wymarłych małp człeko­kształt­nych.

Te dwa spojrzenia nie mogą być bardziej od siebie odległe. Dla ich po­godzenia proponowano szereg hipotez, łącznie z pełną mitologizacją historii stworzenia ludzi, czyli odrzucenia tradycyjnej chrześcijańskiej ortodoksji. Os­tatnio Joshua Swamidass, biolog z Washington University, który uważa się zarówno za chrześcijanina, jak i ortodoksyjnego ewolucjonistę,  zaproponował oryginalną koncepcję pogodzenia tych dwóch historii, zachowując – jak uważa – integralność każdej z nich. Jego zdaniem w zgodzie z najnowszymi od­kryciami genetyki jest zarówno ewolucyjna historia rodzaju ludzkiego, jak i biblijna opowieść o Adamie i Ewie, którzy żyli mniej więcej 10 tysięcy lat temu w rajskim ogrodzie gdzieś na Bliskim Wschodzie.

Jak to możliwe? Otóż zdaniem Swamidassa genetyczne pochodzenie nie jest równoznaczne z genealogicznym. Życie powstało i ewoluowało tak, jak przedstawiają to podręczniki ewolucjonizmu. Historia wyewoluowanej z małp populacji ludzi jest zatem też prawdziwa. Do powstania życia i rozmaitych gatunków roślin i zwierząt nie były potrzebne żadne nadnaturalne interwencje Boga. Procesy ewolucyjne miały całkowicie  naturalistyczny charakter. Ziemię obok innych form żywych zaludniali także pierwotni ludzie. Jak dotąd poglądy Swamidassa są w pełni naukowo ortodoksyjne. Dopiero teraz Bóg zaczyna działać i zaczyna się rola dla teologii. W pewnym momencie Bóg bezpośrednią interwencją założył rajski ogród.

Swamidass uważa, że opisy stworzenia człowieka, jakie znajdujemy w pierwszym i drugim rozdziale Księgi Rodzaju, nie dublują się. Nie jest to opis powtórzony dwukrotnie, tyle że z innego punktu widzenia. Jego zdaniem są to opisy dwóch  różnych aktów stwórczych. Pierwszy dotyczy stworzenia świata, życia, różnych form życia, w tym także człowieka. Ale słowo „stworzenie” należy rozumieć tak, że te różne formy życia, także ludzie, pojawili się w sposób naturalny, ewolucyjnie, dokładnie tak, jak mówi o tym nauka. Drugie stworzenie, opisane w drugim rozdziale Księgi Rodzaju, opisuje sytuację, gdy spośród istniejącej populacji ludzi Bóg wybrał jedną parę, Adama i Ewę – albo stworzył ich: Adama z prochu ziemi, a Ewę z żebra Adama (ponieważ nie da się tego sprawdzić, to Swamidass nie opowiada się za żadną konkretną koncepcją), umieścił ich w raju i umożliwił życie wieczne. Niestety, ten eksperyment się Bogu nie udał z ogólnie znanych powodów. Po upadku i wygnaniu z raju Adam i Ewa oraz ich późniejsze potomstwo wymieszało się z biologicznie identycznymi ludźmi „spoza ogrodu”. W ten sposób w ciągu raptem kilku tysięcy lat stali się oni genealogicznymi przodkami wszystkich ludzi zapisanych w historii – genealogicznymi, co nie znaczy genetycznymi, bo dziedziczymy geny nie tylko Adama i Ewy, ale także innych ludzi, którzy nie dostąpili szansy danej Adamowi i Ewie w raju. I prawdę mówiąc trudno dzisiaj odróżnić, które geny pochodzą od Adama i Ewy, a które od innych ludzi.

Zdaniem Swamidassa istnienie „ludzi spoza ogrodu” nie jest takie kontrowersyjne, jak się to może na pierwszy rzut oka wydawać. Wskazuje on na kreacjonistyczna literaturę, zarówno staro- jak i młodoziemską spekulującą na temat istnienia ludzi o nie-Adamowym rodowodzie (np. „nephilim” czy żona Kaina). W tego typu literaturze nazywa się ich pre–Adamitami, czyli ludźmi istniejącymi przed Adamem. Postulat, że pochodzimy zarówno od Adama i Ewy, jak i od „ludzi spoza ogrodu”, jest dla Swamidassa postulatem koniecznym, gdyż według współczesnej nauki zróżnicowanie genetyczne ludzi jest zbyt wielkie, aby cala ludzkość pochodziła od jednej pary. A okres ok. 10 tysięcy lat jest zbyt krótki, by to zróżnicowanie powstało wskutek zwykłych mechanizmów genetycznych (rekombinacji, mutacji itp.) działających na potomstwo jednej pary. Grupa chrześcijańskich uczonych BioLogos, do której dawniej Swamidass należał, z tego właśnie powodu odrzuca histo­ryczność Adama i Ewy uznając, że ludzie pochodzą od znacznie liczniejszej populacji. Właśnie próba przywrócenia historycznego charakteru Adamowi i Ewie różni Swamidassa i BioLogos. Swamidass już nie uznaje się związany z BioLogos. Uważa on, że można akceptować pochodzenie ludzi od liczniejszej populacji, a jednocześnie przyjmować historyczność Adama i Ewy. Swamidass mówi, że nie jest już teistycznym ewolucjonistą, jak uczeni zgrupowani w BioLogos, tylko wierzącym uczonym – kimś, kto akceptuje bez zmian zarówno naukę, jak i religię. Nie nadaje on teologicznej interpretacji ewolucji, tylko przyjmuje ją taką, jak ją przedstawia nauka. I swojego światopoglądu nie opiera – jak twierdzi – na ewolucjonizmie, ale na Tym, który powstał  z martwych.

W ten sposób Swamidass próbuje ożenić wizje stworzenia i ewo­lucjonizmu. Nasza genetyczna historia łącząca nas z małpami nie jest fałszywa – ona idzie po linii ludzi „spoza ogrodu”. Z kolei genealogicznie wszyscy możemy uważać się za potomków linii Adama, choć naukowo nie daje się tego udowodnić. Zdaniem Swamidassa jeśli chodzi o stworzenie raju i umieszczenie w nim Adama i Ewy, nauka w tej materii milczy. Milczy, ponieważ była to bezpośrednia interwencja Boga, która – podobnie jak np. zmartwychwstanie – miała swoją fizyczną manifestację, jednak pozostaje poza zasięgiem narzędzi używanych przez naukę. Swamidass jest przekonany, że jego propozycja radykalnie zmniejsza presję, jaką ewolucjonizm wywiera na rozumienie bi­blijnej opowieści o Adamie i Ewie, ponieważ zachowuje jednocześnie jej historyczny i teologiczny autentyzm. Jedynym „kompromisem” byłaby kon­kluzja, że genetyczna adamowa linia nie jest „czysta”.

Moglibyśmy jeszcze zauważyć, że jeśli geny Adama i Ewy są nie­odróżnialne od genów „ludzi spoza ogrodu”, to nie ma gwarancji, że każdy z nas posiada jakieś geny Adama i Ewy. Zresztą w tym ujęciu chyba nie ma to znaczenia.

Swamidass jest konkordystą czyli kimś, kto uważa, że między nauką a religią istnieje zgodność (przeciwieństwem konkordyzmu jest dyskordyzm). Konkordyści są zdania, że jeśli miedzy jakimiś twierdzeniami naukowymi i twierdzeniami religii istnieje niezgodność, to nie ma ona autentycznego cha­rakteru i istnieje tylko dlatego, że niewłaściwie, błędnie rozumiemy albo twierdzenia nauki, albo twierdzenia religii, albo jedne i drugie. Żeby usunąć tę pozorną niezgodność, należy poprawić twierdzenia. Ale które? Tu konkordyści dzielą się na dwa przeciwne obozy. Jedni uważają, że twierdzenia naukowe są bardziej wiarygodne i należy poprawić, zmienić, zmodyfikować twierdzenia religijne (na przykład zmetaforyzować jakiś tekst biblijny). Inni uważają przeciwnie – to religia (na przykład Pismo Święte albo orzeczenia papieży i soborów) ma większy autorytet i nie można jej zmieniać dopasowując ją do nauki. Reinterpretacji należy poddać te fragmenty nauki, które odpowiadają za konflikt z religią. To drugie podejście reprezentują kreacjoniści, którzy od­rzucają zaakceptowaną niemal powszechnie w świecie naukowym teorię ewo­lucji. Łatwo zauważyć, że Swamidass jest przedstawicielem pierwszego po­dejścia. Jest on scjentystą, czyli kimś, kto nadaje nauce najwyższy autorytet poznawczy. Myli się jednak, że może w całości akceptować zarówno naukę, jak i religię. Tę ostatnią musi „ociosać”, by pasowała do nauki, na przykład przyjąć, że współcześni ludzie nie do końca, a niektórzy nawet zupełnie, nie pochodzą od Adama i Ewy. Musi on też nadać terminom teologicznym nowe znaczenia, na przykład stworzenie to nie jest bezpośredni jednorazowy akt, ale ewolucja, czyli długotrwały proces przyrodniczy.

Swamidass mówi, że ewolucja była kierowana przez Boga. Rozumie on przez to, że w zasadzie ewolucja toczyła się w sposób naturalny od wspólnego przodka, ale w kilku przypadkach Bóg kierował mutacjami, aby ewolucja to­czyła się we właściwym kierunku. Nie wyjaśnia jednak, ile było tych kie­rowanych przez Boga mutacji, kiedy miały one miejsce, co by się stało, gdyby ich nie było, co to znaczy „właściwy kierunek ewolucji” i jak wielkie te mutacje były? Odnosi się wrażenie, że nie jest on nawet pewny tego, czy te mutacje w ogóle miały miejsce. Jednego jest on tylko pewien – że w żaden sposób mutacji tych nie da się potwierdzić naukowo i odróżnić od zwykłych mutacji, z czego możemy wnioskować, że były one nieliczne i niewielkie, jeśli w ogóle były. Swamidass ucieka tym samym w metafizykę. Wypowiada twierdzenia, których słuszności nie da się sprawdzić. Jego nadnaturalizm ma pozorny, bo tylko werbalny charakter. Postawa taka jest skrajnie odmienna od postawy kreacjo­nistów, którzy interwencje Stwórcy lokują w jasno wyznaczonych momentach historii (stwarzanie baraminów) i nadają im taką wielkość i znaczenie, że można je zidentyfikować metodami naukowymi. Hipoteza kreacjonizmu jest więc śmiała i podatna na empiryczne obalenie, czego żadną miarą nie da się po­wiedzieć o teistycznym ewolucjonizmie. [1]

Czytając wynurzenia teistycznych ewolucjonistów, nawet jeśli wolą się nazywać po prostu wierzącymi uczonymi, warto zastanowić się, jaką płacą oni cenę za przyjmowanie teorii ewolucji.

________________

                [1] „Kreacjonizm […] zgodny jest ze współczesną umysłowością, bo poszukuje śladów Boga w sferze empirii, nie ucieka przed nauką w przeraźliwe głębie metafizyki, niedostępne dla samej nauki. W tym sensie jest bardziej współczesny, bardziej odpowiada dzisiejszej umysło­wości ukształtowanej przez naukę, niż teistyczny ewolucjonizm. Jest tez – przyznajmy to – bardziej śmiały, bardziej ryzykowny, bardziej narażony na niepowodzenie niż asekurancki teistyczny ewolucjonizm, który swoje zaplecze teologiczne umieszcza w pancernym bunkrze” (Kazimierz Jodkowski, „Dlaczego ewolucjonizm prowadzi do ateizmu?”, w: Józef Dębowski, Marek Hetmański (red.). Poznanie. Człowiek. Wartości, Wydawnictwo UMCS, Lublin 2000, s. 69–70).

Print Friendly, PDF & Email

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.